Sunday, March 14, 2010

Powrót na Sybir

.

Kilka dni temu Tadeusz Kotlarz powrócił na Sybir. Pierwszą podróż przed sześdziesięcioma pięcioma laty odbył jako więzień polityczny. Tym razem pojechał jako turysta z Anglii by odwiedzić miejsce swojej skrzywdzonej młodości.

W lutym 1940 pół miliona obywateli Polski, po lufami karabinów, zostało wyrzucone ze swoich domów, wprowadzone do bydlęcych wagonów, i wywiezione na obrzeża Związku Radzieckiego. Rodzina Pana Kotlarz wylądowała w Khristoforovo, koło Kotlasu, w rejonie Syberii Lalsk. Miał wtedy czternaście lat.

"Szukałem wzmianki o deportacjach w Rosyjskim internecie", mówi Pan Kotlarz "gdzie natknąłem się na Irinę Dubrovinę". Jest przewodniczącą małej oganizacji pomagającej byłym więźniom obozów pracy w rejonie Kotlas. Wysłałem jej e-mail i nawiązaliśmy kontakt. Potem przyznałem że chciałbym tam pojechać.

Spotkaliśmy Tadeusza gdy przyjechał do Kotlas z Iriną Dubroviną. Wygląda na dużo mniej niż swoje 80 lat. Sorężysty, grzeczny, dobrze ubrany, typowy Europejczyk, od razu nas ujął. Odbył całą drogę z Nottingham (Anglia) samolotem przez Warszawę do Petersburga, a potem 24 godziny pociągiem do Kotlas. To aby odwiedzić miejsce w którym spędził dwa lata swojego życia.
"Musisz być w odpowiednim wieku by zrozumieć chęć podjęcia takiego trudu" wytłumaczyła Irina Dubrovina.

Chcielićmy pokazać Tadeuszowi cmentarz "Makarikha" gdzie pochowani są wygnańcy. Przypadkiem dołączyli do nas młodsi ludzie którzy przyjechali z Archangielska w poszukiwaniu informacji o obozach.

Jak staliśmy przed małą pamiątkową tablicą Irina opowiedziała nam o tysiącach Polaków którzy tu zginęli. Tadeusz w zadumie kiwał głową od czasu do czasu, potwierdzając. Czasami dodawał kilka słów po Angielsku, Polsku czy Rosyjsku.


Wzięliśmy go do muzeum w Kotlasie by zobaczyć wystawę współczesnych Niemieckich malarzy. Tadeusza jednak bardziej interesowały eksponaty z życia Rosjan z okresu w którym tu przebywał.

Następnego dnia wybraliśmy się samochodem morderczo wyboistą i krętą drogą do Khristoforiovo. Nie mieliśmy mapy i nie było drogowskazów.. Kilka razy zagubiliśmy się na leśnych dróżkach jeżdząc godzinami w kółko. Dzień mijał a my nie mogliśmy odnaleźć celu.

Ostateczne, jakimś cudem trafiliśmy. Ku zadziwieniu Tadeusza pozostały ślady dawnego obozu. Drewniany barak, dawniej biuro administracji gdzie więźniom nadawano pracę, ocalił się. Wyglądał tak samo jak przed 60ciu laty. W tym miejscu wygnańcy wyładowali się z bydlęcych wagonów w których przyjechali z Polski. "Był to pierwszy obiekt który zobaczyłem kiedy tu przyjechałem po trzech tygodniach podróży", tłumaczył Tadeusz. "i nadal tu jest. A tuż przy torach stały dwa baraki (drewniane szopy), większa i mniejsza. Mieszkaliśmy w tej małej." Dziś śladu po nich nie ma.

"Zycie było ciężkie. Musieliśmy coddziennie pracować, od rana do późnej nocy. Ci co pracowali dostawali 400 gramów chleba i coć co wygądało na zupę. Dzieci i starzy ludzie nie dostawali niczego. Wspierani byli przez rodziny. Nasza rodzina przywiozła ze sobą trochę rzeczy z Polski. Moja matka sprzedawała je lokalnym ludzim za kartofle które nieraz były zepsute. Wiele osób nie przetrwało zimy".

Po uwolnieniu rodzina państwa Kotlarz (matka, ojciec i czworo dzieci) wyruszyło w długą drogę do Chelyabinska by szukać pracy. W podróży napotkali Polskich żołnierzy szukających rekrutów do Polskiej armii w Tatischevo (koło Saratov). Rodzina natychmiast zmieniła kurs i wyruszyła w stronę Saratov, spędzając zimę jako robotnicy w kołhozie.

Tadeusz Kotlarz zawsze chciał powrócić na Syberię by odwiedzić miejsca zapisane w swojej pamięci, miejsca które po dziś dzień prześladują go w snach. Teraz kiedy te miejsca odwiedił może ponownie przeżyć swoje wspomnienia.

W 1940tym roku pół miliona mężczyzn, kobiet i dzieci ze Wschodniej Polski, uznanych za "niepożądanych" przez rząd Sowiecki, zostały zesłane pod karabinami do lasów Syberii. Wielu zginęło. Ci co przetrwali nigdy już nie zobaczyli swoich ojczystych stron.

Anna Starczewa
Ryszard Antolak
Tłumaczyła Marta Wajda-Spohn

0 comments: