
W lutym 2002, przejeżdżając przez piękne miasto Arusha w Tanzanii, skąpanym w bouganvilli, przypomniałem sobie opowieści mojej matki i babki o Polskim obozie wojennym w Tengeru gdzie spędziły kilka lat. W czasie wojny wielu z tysięcy obywateli Polskich zwolnionych z Syberyjskich obozów pracy, po tułaczce przez Rosję,Persję, Indie; dotarło do Tengeru. Obóz położony był gdzieś w pobliżu Arushy. Tyle tylko pamiętałem.
Na tle Kilimanjaro dominującego na horyzoncie szukaliśmy kogoś kto mógł wiedzieć o Polskim obozie. Spytałem naszego Tazmańskiego szofera czy słyszał o miejscu zwanym Tengaru, lub o Polskim obozie z okresu wojny. Tak, rzeczywiście, odpowiedział. Jest w okolicy Arusha miejsce zwane Tengeru. Mógł nas tam zawieść. Ponieważ nigdy nie słyszał o Polskim obozie zatrzymał się przy stacji lokalnej policji by zapytać. Przyjazny policjant bardzo nam pomógł. Wiedział o Polskim osiedlu, wytłumaczył nam jak jechać i zatelefonował by oznajmić nasz przyjazd. Dowiedzieliśmy się że miejsce starego Polskiego obozu teraz leży na terenie dużej uczelniv rolniczej. Potrzebowaliśmy specjalnego zezwolenia by tam wejść.
Zjeżdżając z głównej drogi jechaliśmy piękną aleją obsadzoną po obu stronach starymi, dostojnymi drzewami. Smugi cieni pieściły posuwający się samochód.. Droga była wąska i wyboista co powodowało kołysanie się landrovera.. W okół nas w bogatej czerwonej glebie rosły banany.
W połowie alei czekał na nas szczupły, starszy Tanzańczyk w poszarpanej odzieży i dziwnej czapce wyścielonej futrem. Nie ogolona twarz i zdarte ubranie uderzały w oczy. Był to nasz przewodnik. Nie znał Angielskiego ale przez tłumacza (naszego kierowcę) powiedział nam że pamięta Polaków z lat 1940tych.
Po czasie zatrzymaliśmy się. Ten stary człowiek wziął mnię za ręką by pomóc mi wyjść z landrovera i długim palcem wskazał przed siebie. Przed nami stał biały mur z metalową bramą a przed nim trzy kobiety z pękami kluczy. Przywitały nas, otworzyły bramę i mogliśmy wejść.

Był to duży cmentarz, jedyne co pozostało z Polskiego osiedla. Rozrzucone tu i tam szerokie drzewa dawały kojący cień. Przy bramie skromny kamień pamiątkowy mówił ( po Polsku, Angielsku i Swahili) że to groby Polskich wygnańców którzy nie mogli wrócić do Ojczyzny. Jest tam sto do dwustu grobów, każdy nagrobek czysty i wybielony gorącym Afrykańskim słońcem.
Przez dłuższy czas przechodziłem się wśród grobów odczytywując nazwiska i daty, patrząc na wyryte na nich krzyże, Rzymskie i Ortodoksyjne, jak i na kilka Gwiazd Davida. Najnowsza data to rok 1963! Wszystkie kamienne płyty były schludnie białe. Jedynie długa, sucha, żółta trawa rosła między nimi. Nie dowiedziałem się kto otaczał opieką te groby, ale były pieczołowicie zadbane.
Było to bardzo wzruszające przeżycie. Tyle Polskich nazwisk! Tylu zmarłych na Afrykańskiej ziemii nie mogąc powrócić do swoich domów. Przypomniałem sobie że moja matka spędziła tam kilka miesięcy w 1944tym roku zanim została wysłana do Szkocji jako pilęgniarka. Reszta rodziny, babcia, ciotka i wujek, spędzili cztery lata w Tengeru nękani przez UNNRA by odjeżdżali gdzie chcą, nawet do Polski, jedynie żeby zejść im z oczu. Ale oni nie mieli gdzie jechać. Ich kraj został przekazany Stalinowi przez "wiernych aliantow" za których walczył (W.Brytania i USA).
Dla mnie było to zmartwychwstanie pogrzebanej historii: wspomnienie zdrady kraju przez swoich aliantów. Hańba i upokorzenie tego aktu zostało zatatre i ledwo jest wspominane w podręcznikach historii. W miejscu w którym byliśmy kilkaset Polaków zakończyło swoje życie daremnie czekając na powrót do domów, zapomnieni w piekącym skwarze Afrykańskiego nieba.
Oczy zapełniały mi się łzami. Stary człowiek, który spokojnie oczekiwał przy bramie z kobietami, podszedł do mnie. On też miał łzy w oczach. Uścisął mnię. Powiedział że z czułością wspomina ludzi z obozu . Wiele razy bywał tu z matką sprzedając banany.
"Czy ktokolwiek odwiedza to miejsce ?" zapytałem.
"Nie" odpowiedział przez tłmacza. Dowiedzieliśmy się jednak że kilka miesięcy temu przyjechała ekipa by robić zdjęcia do filmu dokumentarnego. Oprócz tego nikt.
"A kto opiekuje się grobami?" zapytałem.
Stary człowiek nie zrozumiał. Uśmiechnął się, pokazując zepsute zęby. Ponownie mnię uścisnął.Podziękowałem mu i włożyłem mu w rękę kilka dolarów. Skinął głową, smutno się uśmiechnął i znikł.
Zrobiliśmy kilka zdjęć i wróciliśmy do landrovera w zadumie nad tym smutnym epizodem Polskiej historii. Nawet wśród tej bujnej natury w babanowych zagajnikach Wschodniej Afryki było to smutne, opuszczone miejsce.
© Ryszard Antolak
Tłumaczyła Marta Wajda-Spohn


0 comments:
Post a Comment